Na koniec przyszło coś, co pięknie zebrało wszystko w całość. Theatresports. Forma, która z zewnątrz wygląda jak gra, a od środka bardzo szybko pokazuje, jak naprawdę funkcjonujesz w relacji z innymi.
Tu już nie dało się schować. Jesteś na scenie z innymi ludźmi i to, co się wydarzy, wydarzy się między wami.
Na początku pojawiało się znajome napięcie. Chęć zrobienia „czegoś dobrego”. Wygrania sceny. Bycia tym, który ma lepszy pomysł. Równie szybko okazywało się, że im bardziej ktoś próbuje błyszczeć sam, tym mniej scena działa.
Przełom przychodził wtedy, gdy grupa zaczynała grać razem, a nie obok siebie. Kiedy ktoś rezygnował z potrzeby bycia najzabawniejszym i zamiast tego wspierał partnera. Kiedy pojawiało się zaufanie, że nie muszę mieć wszystkiego pod kontrolą, bo nie jestem tu sam.
Theatresports bardzo szybko uczy jednej rzeczy: że dobra scena nie powstaje z genialnych pomysłów, tylko z uważności. Z reagowania. Z przyjmowania tego, co ktoś Ci daje, i dokładania do tego własnego kawałka.
Było dużo śmiechu. Były momenty chaosu. Były sceny, które rozpadały się po drodze. Właśnie w tym wszystkim pojawiała się największa lekcja: że nie trzeba się bać błędów, jeśli grasz w zespole, który łapie Cię w locie.
Te warsztaty domknęły cały cykl.
Głos już był. Ciało nie uciekało. Postać miała swoją wyrazistość. A teraz dochodziła jeszcze umiejętność grania z innymi, a nie przeciwko nim.
Wtedy improwizacja przestawała być ćwiczeniem. Zaczynała być rozmową.
Projekt jest sfinansowany przez Unię Europejską NextGenerationEU.
