Po tym, jak na pierwszych warsztatach zaczęły puszczać oddech i głos, przyszła kolej na coś, co i tak zawsze wychodzi na jaw. Ciało. Bo możesz mieć w głowie świetne zdanie, ale jeśli stoisz tak, jakbyś chciał zniknąć, ludzie i tak to czują.

Na tych warsztatach najczęściej wracał jeden temat: „Co ja mam zrobić ze sobą, kiedy wszyscy patrzą?”. Ręce nagle stają się problemem. Nogi jakby nie wiedzą, gdzie mają być. Wzrok ucieka. Człowiek zaczyna się poprawiać, napinać, kontrolować. Wtedy cała energia idzie nie w kontakt z drugim człowiekiem, tylko w przetrwanie.

Okazywało się, że kiedy próbujesz kontrolować każdy gest, ciało zaczyna zdradzać napięcie zamiast pewności.

Zaczęliśmy więc od podstawowych rzeczy. Jak wejść i nie przepraszać za swoją obecność. Jak stać tak, żeby nie walczyć z własnym ciałem. Jak używać rąk, zamiast je chować albo „zamykać” nimi klatkę. Jak spojrzeć na ludzi i nie mieć wrażenia, że to przesłuchanie.

Najciekawszy moment był wtedy, gdy ktoś nagle zauważał: „Ej, ja mogę po prostu stać!”. Bez pozy. Bez udawania. Bez szukania idealnej postawy. Wtedy sobie uświadamiasz, że nie musisz niczego udowadniać, żeby po prostu być na scenie.

Kiedy to się wydarzało, zmieniało się wszystko. Głos od razu brzmiał inaczej. Tempo się uspokajało. Pojawiała się obecność. Taka zwyczajna, ludzka.

Te warsztaty były o tym, że prezencja sceniczna to nie jest zestaw trików. To jest zgoda na to, że jesteś widoczny. Że możesz zająć miejsce.

Mamy więc fundament i mamy ciało, które przestaje uciekać. A skoro można już stać i być, to dopiero teraz można zacząć naprawdę improwizować.

Projekt jest sfinansowany przez Unię Europejską NextGenerationEU.

Leave a Reply