Po głosie, ciele i budowaniu postaci przyszedł moment, na który część osób czekała, a część trochę się go obawiała. Improwizacja.
Bo impro brzmi jak coś, gdzie trzeba być szybkim, zabawnym i błyskotliwym. A prawda jest taka, że na początku najczęściej przeszkadza nie brak pomysłów, tylko myśl: „a co jeśli nie będę wiedzieć, co zrobić?”.
Dokładnie z tym pracowaliśmy.
Na starcie wchodziło klasyczne napięcie. Ktoś dostaje impuls i od razu próbuje wymyślić „dobrą” odpowiedź. Albo szuka najlepszego pomysłu. Albo włącza tryb asekuracji i mówi mniej, żeby się nie pomylić. Wtedy improwizacja nagle robi się ciężka. Jakbyś próbował prowadzić samochód, cały czas patrząc w lusterko.
Dopiero kiedy zaczynasz słuchać i naprawdę patrzeć na drugą osobę, wszystko się upraszcza. Nie musisz błyszczeć. Wystarczy, że odpowiesz na to, co się wydarzyło. Jedno zdanie. Jeden gest. Jedna decyzja.
Najciekawsze momenty były wtedy, gdy grupa zaczynała łapać, że to nie jest sport indywidualny. Że nie trzeba „ciągnąć sceny” samemu. Że możesz dać coś partnerowi i zaufać, że to wróci. Nagle pojawiała się lekkość. Pojawiał się śmiech, ale taki naturalny, wynikający z sytuacji, nie z próby bycia zabawnym.
Improwizacja była tu trochę jak trening życia w przyspieszeniu. Uczyła, że nie musisz mieć planu na wszystko. Że można wejść w sytuację i po prostu być obecnym. A kiedy robisz to w bezpiecznej przestrzeni, z ludźmi, którzy Cię wspierają, wewnętrzny krytyk naprawdę ma mniej do powiedzenia.
Po tych warsztatach widać było jedną rzecz. Że coraz częściej zamiast „nie wiem” pojawia się: „dobra, spróbuję”. To jest moment, w którym impro zaczyna działać nie tylko na scenie.
Projekt jest sfinansowany przez Unię Europejską NextGenerationEU.
