Po pracy z głosem i ciałem pojawiło się kolejne, bardzo naturalne pytanie: „OK, ale kim ja właściwie jestem, kiedy wychodzę na scenę?”
Bo kiedy przestajesz walczyć z oddechem i nie uciekasz już ciałem, zostajesz sam ze sobą. Z temperamentem. Z energią. Z tym, jak reagujesz, kiedy ktoś na Ciebie patrzy.
Nagle okazuje się, że nie chodzi o „granie kogoś innego”, tylko o to, co z Ciebie i tak wychodzi.
Na tych warsztatach często pojawiało się napięcie innego rodzaju. Mniej fizyczne, bardziej wewnętrzne.
Czy mogę być bardziej wyrazisty?
Czy to już „za dużo”?
Czy wypada tak reagować?
Znowu wracał znajomy mechanizm. Próba dopasowania się. Wygładzenia siebie. Schowania ostrzejszych krawędzi, zanim ktoś je zauważy.
W pewnym momencie bardzo naturalnie wróciła myśl Sanforda Meissnera, że aktorstwo to zachowywanie się prawdziwie w wymyślonych okolicznościach. Wtedy wiele rzeczy zaczęło się układać. Bo postać sceniczna przestała być czymś do „zagrania”. Zaczęła być czymś do przeżycia.
Najciekawsze momenty działy się wtedy, gdy ktoś pozwalał sobie nie poprawiać się od razu. Gdy zostawał przy pierwszym impulsie. Przy swoim rytmie, swoim sposobie mówienia, swoim poczuciu humoru. Nagle postać zaczynała się klarować sama. Nie jako maska, tylko jako wyraźniejsza wersja tej osoby.
Coraz częściej było widać, że „postać sceniczna” to nie jest coś, co trzeba wymyślić od zera. To raczej decyzja, na co dajesz sobie pozwolenie. Co wzmacniasz. A czego przestajesz się wstydzić.
Te warsztaty były o spójności. O tym, że kiedy wiesz, kim jesteś na scenie, przestajesz zgadywać jak wypadniesz. Reakcje stają się prostsze. Decyzje szybsze. A obecność bardziej czytelna dla innych.
Mamy już więc głos. Mamy ciało. Teraz zaczyna pojawiać się charakter.
A skoro wiadomo, kto stoi na scenie, to dopiero wtedy można naprawdę zacząć improwizować.
Projekt jest sfinansowany przez Unię Europejską NextGenerationEU.
